Jan Bo - Miya - GaleriaMuzyka.pl - internetowy sklep muzyczny

Jan Bo - Miya

Płyty CD|Płyty CD » rock/progressive

Stara cena:35.49
Cena:29.00
Towar niedostępny

"Miya" to wszystko, co w gitarowej muzyce najlepsze - instrumentalne, kolorowe, niemal jazzrockowe pejzaże (utwór tytułowy), siła bluesowego, zeppelinowskiego riffu i efektowne, hardrockowe fajerwerki, które przywodzą na myśl mistrzów zza Oceanu, od Van Halen po Living Colour. Ale to wszystko przefiltrowane zostało przez charakterystyczny styl Borysewicza, niepowtarzalne brzmienie jego gitary, jedyny w swoim rodzaju feeling. W dodatku - to rzadka i niezwykle cenna cecha u mistrzów sześciu strun - potrafi powstrzymać się od przebierania palcami przez pół utworu, umie zagrać oszczędnie, schować się za zgrabną, ale prostą melodią. A że ma talent do wymyślania hitów, wiadomo nie od dziś... Jan Borysewicz oczywiście gra na gitarze i śpiewa. Towarzyszy mu sekcja rytmiczna z turbodoładowaniem, czyli perkusista Kuba Jabłoński (Lady Pank, Kazik Na Żywo) i basista Wojtek Pilichowski (Michał Urbaniak, Maryla Rodowicz, Vinnie Moore, Chris de Burgh, Enrique Iglesias, Basia Trzetrzelewska, Edyta Górniak, Zbigniew Hołdys - łatwiej wymienić, z kim nie grał...). Na płycie usłyszeć można również dwa fenomenalne rockowe głosy młodego pokolenia, czyli Piotra Cugowskiego (jednego z Braci) oraz Ulę Rembalską (z obiecującej grupy The Boogie Town). W tekstach Jana Bo na pierwszym miejscu jest tym razem najważniejszy rockowy temat, czyli miłość.

 

1. Niech wiruje świat        
2. Masz się bać        
3. Znowu odchodzą        
4. Miya        
5. Wyspa        
6. Ta ze snów        
7. Nowy świat        
8. Pajacyk        
9. Miłości żar        
10. Dla Kuby i Pilicha        
11. Spacer z lwami

 

Recenzja w TopGuitar:

Fani gitary zawsze z niecierpliwością czekają na kolejną odsłonę Janka Borysewicza, a szczególnie tę o nazwie JAN BO. I doczekali się. Piętnaście lat minęło od poprzedniego krążka. Niektórzy z nas się postarzeli, inni kilkakrotnie zmienili pracę, a jeszcze ktoś postanowił opuścić Polskę w poszukiwaniu lepszego życia. Natomiast Janek pozostał wierny swojej fascynacji gitarą i artystycznej pracowitości, wypuszczając płytkę poświęconą pamięci Tadka Nalepy, powołał projekt BORYSEWICZ/KUKIZ, nagrał album z LADY PANK, a nawet DVD z orkiestrą i Internet na niebie wie, co jeszcze! No, zaserwował nam też kilka newsów na portalach plotkarskich, ale to już na marginesie! Najważniejsze, że pozostał wiecznie młody i sprawny technicznie.

„Miya” to już nie tylko jego fascynacja Hendrixem, ale także chilloutem, jazz-rockiem i hardrockową konwencją. Jest nawet piosenkowo, jakby ktoś zatęsknił za śpiewaniem przy gitarze. A jak ktoś musi podsłuchać patentów perfekcyjnej sekcji rytmicznej, to ma tu Pilicha i Jabłońskiego – tak na deser!

Czy trzeba rekomendować ten album? Dobrze wiemy, że to lektura obowiązkowa, więc należy ją przesłuchać, wziąć gitarę do ręki i zdać egzamin.

Tomek KONFI Konfederak

 

Po piętnastu latach Jan Borysewicz wraca z solowym projektem, który pod względem gitarowych partii plasuje się w czołówce najlepszych albumów w historii polskiego rocka. Zanim jednak przejdę do pochwał, parę słów krytyki: Pan Jan Borysewicz nie powinien śpiewać w większości utworów, choć w pierwszym wypada jako tako. Lepiej zaprosić więcej gości takich jak Piotrek Cugowski, który dodaje kopa „Masz się bać” (przy okazji: jest w nim efektowne solo Jana Bo na pogłosie), czy Urszulę Rembalską śpiewającą z gitarzystą porywający refren utworu „Pajacyk” (który wabi też ucho Hendrixowskim riffem). Tyle mankamentów. Pozytywy to świetnie ukręcone barwy gitar i brzmienie całości, bardzo fajne solówki, w których Borysewicz stawia na śpiewne, treściwe frazy, bardzo często zbliżając się do... Satrianiego sprzed lat. Świetnie wypada w instrumentalnym utworze tytułowym, z „kosmiczną” solówką slide, niczym Michael Lee Firkins. Nuty, jakie gra Jan Bo, niosą głębokie przesłanie, poruszają niczym wołanie w ciszy, to świetny, wstrząsający, mistrzowski utwór. „Wyspa” to przebojowy rockowy refren, trochę przypominający Lukathera lub TOTO i kolejne, świetne, bluesowe solo. Finałowy „Spacer z Lwami” stawia kropkę nad „i”. Klimat, barwa gitary bliższe mistrzom studia (Lukather, Rustici) niż Janowi Bo sprzed lat. Warto było czekać. Czapki z głów przed Janem Bo.

Piotr Nowicki